rozrywka   podróże   fachowo   poczta   startuj!
jaWsieci
 jaWsieci.pl podróże Moje Miasto DZIELNICA
 Redaguje: Kret
Dzielnica
Kto raz pił wodę z Rzeki, ten nigdy nie ugasi pragnienia żadną inną wodą, mawiali w starożytnym Egipcie. Każdy z sentymentem powraca do miejsca gdzie przeżył swoje dzieciństwo. Czy jednak można utożsamiać się z tym miejscem, jeżeli jest ono betonową pustynią, jeżeli mieszkało się w wydzielonej przestrzeni sześcianu w bloku, gdzie są setki podobnych sześcianów? Są to tak zwane mrówkowce, gdyż przypominają mrowiska lub gniazda pszczół, gdzie nad głową ktoś ci chodzi, chodzą także pod stopami, ludzie wędrują po tych mrowiskach, do swoich sześcianów i z powrotem, mijają się, wchodzą sobie na głowę, zalewają siebie. Tłumy ludzi, przytłaczające tłumy. Są jednak jeszcze podwórka, świat dookoła, coś poza szarą betonową rzeczywistością. W oczach dziecka pojawiają się kolory, słońce rozświetla szarość. Ja sceny z dzieciństwa pamiętam właśnie takie słoneczne, ciepłe. Każdy swoim charakterem może wpływać na postrzeganie świata, zwłaszcza gdy świat ten jest widziany idealizującym okiem dziecka. Ja czuję przywiązanie do miejsca, w którym spędziłem większość swego dzieciństwa, a także całego życia, mimo tego że jest to betonowe osiedle. Jeśli by mówić o tożsamości, to utożsamiam się raczej z dziedzictwem moich przodków. Toteż mógłbym powiedzieć, że jestem Kaszubą, po mieczu, moi dziadkowie są Kaszubami. Rodzice mojej matki, z kolei, do Gdańska przyjechali z Wileńszczyzny gdy skończyła się wojna, zostawiając wszystko, gdyż dziadek mój kontynuował ucieczkę, po tym jak uciekł z radzieckiego obozu jenieckiego i z babcią przybył tutaj jak wielu innych ze wschodu. To są moje korzenie. Czuję się związany z Pomorzem, z Gdańskiem, z Wrzeszczem, który też dobrze poznałem, wychowałem się jednak na Zaspie, z tym miejscem wiążę swe dzieciństwo.

Świat ten ujrzałem po raz pierwszy w szpitalu na Klinicznej we Wrzeszczu, tego pamiętać nie mogę, jednak jak każde rozsądne dziecko krzykiem zareagowałem na ohydę tego świata. Tam długo jednak nie zabawiłem. Najwcześniejsze wspomnienia to Oliwa, górna a może raczej górska jakby na to wskazywały nazwy ulic: Tatrzańska czy Karpacka, które pną się w górę pod las. Wysoko też było siódme piętro w bloku, dość wysoko, by wchodzić po schodach, gdy zatnie się winda, co jej się zdarzało często, wysoko też dla zabawek ciskanych przez balkon. Idąc w górę ulicy, do lasu tylko sto metrów, a w lesie góra Pachołek z wieżą widokową, dalej w górę już się nie da. Natomiast schodząc ulicą w dół dochodzi się do cmentarza, miasta podziemnego. Dalej miejsca spacerów - park oliwski, pałac opatów, ogród botaniczny, stawy, potok, dwie kamienne jaskinie szeptów, przeznaczenia tych obiektów kiedyś nie znałem, za to odsikać mi się tam zdarzało. Wspomnień tych niewiele, zbyt odległe. Później przeprowadzka, z "gór na niziny", do nowych bloków z wielkiej płyty, stojących na wielkiej płycie byłego lotniska. Gdańsk-Lotnisko, pamiętam jak nazywała się tak kiedyś stacja eskaemki, teraz już Gdańsk-Zaspa. Samolotów startujących jednak nie pamiętam. Zostały za to hangary i pasy startowe. Zamieszkałem w miejscu gdzie lotnisko to się zaczynało, na granicy z Wrzeszczem. Gdy lat przybywa, człowiek przybliża się do cmentarza. Gdy wcześniej w Oliwie do cmentarza miałem ze sto metrów, to po przeprowadzce do cmentarza zaspiańskiego już tylko kilkanaście, boję się przeprowadzać dalej, potem to już jakaś kwatera (kwartira) untergrunt. Tak więc zamieszkałem na Zaspie. Niegdyś Saspe była to gmina wiejska położona na północny zachód, w stronę morza od przedmieścia Langfuhr (Wrzeszcz), potem rozrastając się sama określana była jako przedmieście, w latach dwudziestych była tam szkoła dwuklasowa. Teren na którym wieś była położona był raczej podmokły i w głównej mierze nadawał się tylko na łąki. Niedaleko, bardziej na terenie Letniewa, w stronę Nowego Portu znajdowało się też jezioro o tej samej nazwie co wieś - Zaspa, dziś już nie istnieje, ludzie pomogli mu wyschnąć. Na północ od Zaspy była położona nad morzem wieś rybacka Brzeźno, na północny-zachód kilka do dzisiaj ostałych się dworów: Czarny, Czerwony, Biały Dwór (Schwarzhof, Rothof, Weisshof). W kierunku południowo-wschodnim była położona Reichskolonie, dzisiejsza Kolonia domków jednorodzinnych. Dziś po dawnej Saspe mało zostało. Jest jeden budynek, duży, z czerwonej cegły, teraz służący przedsiębiorstwu wodociągów, stojący na terenie strefy bezpośredniego ujęcia wody. Obok stoi biały dworek, na mapach przedwojennych opisywany jako Eckhof, czyli dworek narożny, rzeczywiście znajduje się na rogu dwóch dróg. No i oczywiście są łąki. Największa łąka rozciąga się obok szpitala, pamiętam jak jeszcze w latach osiemdziesiątych wypasano tam krowy. Kiedyś jedna krowa przypałętała się nawet pod mój blok, obudziła mnie, dzieciaka rankiem, gdy uderzała rogami w kraty balkonu na parterze i używała sobie na ogródku sąsiadów. Razem z kolegami próbowaliśmy ją złapać. Dopiero po południu zjawił się gospodarz, który ją sobie zabrał. Część łąk została zajęta przez ogródki działkowe, reszta służy dziś psom do wybiegania się podczas spacerów. Tereny łąk na zachód od wsi Saspe wojska pruskie zajęły na poligon a w 1912 roku zbudowano tam pierwsze hangary dla samolotów i odtąd zaczęło działać lotnisko. Na terenie tego lotniska powstało na początku lat osiemdziesiątych osiedle, na którym zamieszkałem.

Już na samym początku dane mi było poznać osiedlowy klimat. Kiedy po raz pierwszy wyszedłem na podwórko od razu dostałem w głowę płytką PCV, rzuconą przez któregoś z dwóch dzieciaków stojących kilka metrów dalej. Byłem nowy, nikogo nie znałem. Kilka dni później jednak ci dwaj byli już moimi kumplami i razem zwiedzaliśmy okolice. Blok, w którym zamieszkałem został postawiony na krańcu osiedla. Od strony balkonowej bloku stał płot, za którym był już teren Wrzeszcza. Prostopadle do bloku biegnie ulica Chrobrego, niegdyś zwana całkiem sensownie Broesener Weg, czyli drogą brzeźnieńską, bo prowadzi ona do Brzeźna. Przed wojną ulicą tą jeździł tramwaj wożąc chętnych poleżeć na brzeźnieńskiej plaży. Kto przekroczy ulicę Chrobrego znajdzie się w otoczeniu kilku uliczek zastawionych identycznymi domkami jednorodzinnymi. Są to tak zwane "fińskie domki", poskładane z drewnianych elementów przywiezionych statkami po wojnie jako dar z Finlandii, przeznaczone na mieszkania dla robotników. Zresztą nazwy ulic mówią same za siebie: Dźwigowa, Kopalniana, Wincentego Pstrowskiego - super przodownika pracy. Mieszkało tam trochę podejrzanych typów robiących szemrane interesy, jako dzieciaki nazywaliśmy ich "bandą". Rzeczywiście tamtejsze dzieciaki były najbardziej zuchwałe i wojownicze. Kto samotnie zapuścił się w tamte tereny, wracał z guzami i pustymi kieszeniami. Podczas "wojen podwórkowych" nie mieliśmy raczej szans z "fińskimi domkami", czasem starsi z bandy im pomagali. Słowo "banda" przeniknęło do naszego słownika i sami też przyjęliśmy tę nazwę. Do naszej bandy należały dzieciaki z naszego bloku, a w szczególności z czteropiętrowych klatek. Nasz blok dzieli się bowiem na klatki od czterech do dziewięciu pięter. Ja zamieszkałem właśnie w klatce z czterema piętrami, gdzie są po dwa mieszkania na piętrze. Ma to swoje zalety, gdyż wszyscy sąsiedzi się znają, nie są anonimowi, na klatce jest czyściej. W odróżnieniu od wyższych klatek nie ma zsypu ani windy. Tak więc dzieciaki z klatek czteropiętrowych trzymały się razem, razem bawiliśmy się i mieliśmy naszą bandę.



  1   2  


Ostre akcje w obronie zwierząt


pogoda
wiadomości
prasówka
kalendarz
kontakt:
poczta
sms
czat
dyskusje
forum
blogi
kartki
e-dyski
strony
tematy
szukam:
e-zasoby
tv & radio
odjazdy
rozrywka
podróże
zdrowie
sztuka:
teatr
kino
muzyka
literatura
e-galeria
muzeum
recenzje
inicjatywy
wydarzenia
zakupy
pieniądze
fachowo
patronaty
reklama
taxi




Autostop
O portalu | Kontakt | Komunikaty | Pełny nawigator | Reklama | Strony WWW | Serwer | Domeny | Współpraca
© Copyright by jaWsieci 2001-2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu
[do góry]