rozrywka   podróże   fachowo   poczta   startuj!
jaWsieci
 jaWsieci.pl podróże Moje Miasto DWA MIASTA DOLNEGO WRZESZCZA
 Redaguje: Michał Bogusz
Dwa miasta Dolnego Wrzeszcza
Urodziłem się w dwóch miastach. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie można tak zrobić, ale ja dziwnym trafem tak uczyniłem. Urodziłem się, jak wielu innych, w szpitalu klinicznym we Wrzeszczu. Jest to stary, jeszcze poniemiecki szpital leżący przy zbiegu ulic, dzisiaj noszących nazwy, Klinicznej i Kochanowskiego. Po niezbyt skomplikowanym porodzie, którego niestety nie pamiętam i nie mogę tutaj opisać, rodzice zabrali mnie do domu moich dziadków ze strony matki. Tam poznałem pierwsze miasto, w którym się urodziłem.

Jest to dom wybudowany pod koniec lat dwudziestych, dokładniej mówiąc jest to szereg domów zaprojektowany w angielskim stylu. Domy wąskie, ceglane, z jeszcze węższymi schodami i białymi oknami, ale akurat mój dom jest na początku jednego z szeregów, co powoduje, że jest otwarty akurat z południowej strony, otwarty na światło. To, co pamiętam z dzieciństwa, to światło wlewające się do tego domu i zalewające ogród, w którym się bawiłem.

Dom ten wyzwoliły w roku '45 moja prababcia i jej siostra. Zrobiły to bez cienia sentymentu. W '39 ich mężowie poszli na wojnę i tyle o nich słyszano, a jak Niemcy przyszli, to dali im 15 minut na ucieczkę. To nieprawda, że Niemcy nie mieli u siebie bałaganu. Ten oficer wyrzucając je z podwarszawskiej willi uratował im życie, pół godziny później przyjechało SS by zaopiekować się rodziną pradziadka, tego do którego mam być podobny i który był działaczem PPS. Dom i tak rozkradali nie niemieccy grenadierzy, a rodacy - polscy sąsiedzi. Przez pięć lat tułały się z dwójką małych dzieci, przeżyły sztukasy nad kolumnami uchodźców i wszy, i tyfus, i głód. Starsza siostra babci miała okazję zwiedzić wtedy Belgię via Buhenwald.

Dziadek z kolei mieszkał z rodzicami przed wojną w Gdyni, w '39 roku skończyli akurat budować dom na działce niedaleko wzgórza Focha. Nie nacieszyli się nim długo...

Byłem jedynym dzieckiem w tym domu, ale nigdy nie czułem się samotny. Dziadkowie prowadzili otwarty dom i było tam zawsze pełno dorosłych ludzi, z którymi uwielbiałem przebywać, słuchać ich rozmów i rozmawiać z nimi. Nie często się zdarza, że dorośli chcą rozmawiać z dziećmi, zwłaszcza swoimi, ale mnie spotykali tylko od czasu do czasu i traktowali, choć z odrobiną protekcjonalności, nad wyraz poważnie. Pamiętam doskonale przyjęcia u moich dziadków, przyjęcia, na których zawsze siadywałem z gośćmi i nigdy nie usłyszałem słowa, że powinienem już pójść spać lub jestem za mały, by słuchać rubasznych żartów i rozmów o polityce. Stąd wyniosłem zafascynowanie tym dziwnym światem dalekich zdarzeń, zafascynowanie, które zaważyło na moim życiu. W tym mieście czułem się zawsze dorosłym.

Moja ulica leży w Dolnym Wrzeszczu, w kwartale ulic, wtedy, Marksa, Mickiewicza, Chrobrego i Kościuszki. Ostatnimi czasy z łask wypadł jedynie ten pierwszy, zastąpiony przez Hallera, do którego i tak nikt się nie może przyzwyczaić. Równolegle do ulic Mickiewicza i Kościuszki przecina mój kwartał ulica Lilli Wenedy. W miejscu, gdzie przecina się z moją ulicą rosną wysokie, stare brzozy, nazywane przez wszystkich brzózkami, ponieważ będąc dziećmi zapamiętali je jako małe drzewka. To miasto dzieli się na to przed i za brzózkami. Dalej, bliżej ulicy Chrobrego, jest moja szkoła podstawowa, do której chodziła także moja mama i ciocia. Szkoła, jak inne dla każdego, niezwykła i dużo trzeba by pisać o niej, a brak tu miejsca. Jest to bardzo kulturalne miasto, pełne ludzi wolnych zawodów, dobrze usytuowanych, otwartych i lekko jedynie znudzonych. Czuć to było letnimi, niedzielnymi popołudniami, kiedy nad wyludnianymi pod lipcowym słońcem ulicami zapadała cisza. Stawało to się naprawdę małym, prowincjonalnym miasteczkiem.

Ulica Mickiewicza nie kończy się w miejscu, gdzie spotyka się z Marksem, ale biegnie dalej, aż do miejsca, gdzie dochodzi do Kochanowskiego, dalej są już tylko tory kolejowe biegnące na Nowy Port i terra incognita. Jednak wcześniej jest tam też mały park, w którym była siedziba Hitlerjugend, a później przedszkole, do którego wysłała mnie mama w obawie, bym nie wyrósł na odludka. Pamiętam zabawy na świeżym powietrzu pełnym światła. Na alejce, w cieniu wysokich, pochylonych leszczyn, w miejscu gdzie było kilka kamiennych stopni urządziliśmy swój mały teatr, w którym popisywaliśmy się przed naszymi kobietami. Miejsce, gdzie poznałem swojego pierwszego przyjaciela i pierwszego, z którym się pokłóciłem z powodu pierwszej dziewczyny, cudownej pięciolatki. Choć chodziliśmy później do tej samej szkoły, nigdy już nie odezwał się do mnie.

Dalej na lewo, na końcu Kochanowskiego jest skrzyżowanie wyłożone niemieckimi nagrobkami, czasami chodziłem tam z mamą na spacer oglądać je, ale bez żalu, ot tak - z ciekawości, lecz bez zdziwienia. Zresztą było to już na końcu naszego miasta. To było nasze miasto, miasto pełne światła. Ulica Kochanowskiego, w drugą stronę od parku i przedszkola, biegnie do ulicy Klinicznej, gdzie mieści się szpital, tutaj zaczyna się inne miasto. Stare kamienice, w których mieszczą się mieszkania komunalne.

Moi rodzice woleli mieszkać sami i wyprowadzili się tam, do jednego z takich mieszkań na wprost szpitala, w którym się urodziłem. Część czasu spędzałem u dziadków w jednym mieście, a połowę w drugim, żyjąc tu i tam równocześnie. Żyliśmy tutaj razem z trzema innymi rodzinami, dzieląc z nimi wspólny korytarz. Żyliśmy w jednym pokoju. Tutaj zawsze byłem dzieckiem. Jednym z dzieciaków z podwórka, na którym nawoływania na obiad i kolacje odmierzały czas. Moi rodzice zawsze mówią, że pomimo wszystkich niedogodności tam czuli się najlepiej.

Bycie dzieckiem było tutaj równie wspaniałe, jak bycie dorosłym w tamtym mieście. Bijatyki, przechodzenie przez płot i wielka kałuża na środku podwórka, która powstawała po każdym większym deszczu, zabawa w wojnę i wykopywanie starej amunicji zakopanej przez Niemców na terenie szpitala, trzepot skrzydeł gołębi hodowanych przez sąsiada i wiele innych świetlistych wspomnień. Cały ten świat dziecka, o którym lubimy czytać i który nigdy nam się nie nudzi, bo pobudza nasze własne wspomnienia. Nie chcę tutaj o tym pisać, bo urośnie z tego opowieść sentymentalna, a nie czas by teraz ją tworzyć. Jest to dla mnie miasto pełne słońca, choć są to slumsy, ale pełne ludzi żyjących tu i teraz. Stoczniowcy, doliniarze, cinkciarz i rodzina pijaków z sutereny, poniekąd oni wszyscy byli dziećmi poprzez swoje pojmowanie świata wprost, takim, jaki jest. Cudowny, barwny świat twarzy i ludzi. Tutaj byliśmy prości, czasem wulgarni, ale zaradni i samodzielni, na swój sposób wolni.

Żyjąc w tych dwóch światach mogłem być grzecznym chłopcem, ukradkiem skradającym całusa swojej dziewczynie pod leszczynami w przedszkolu, i na podwórku łobuzem, zadzierającym sukienki dziewuchom, biegającym boso po czarnej kałuży, mieniącej się tęczą w plamie po benzynie. Na Mickiewicza stoją dwa kościoły: Duży i Mały. Duży przed wojną był niemiecki, a Mały wybudowany został przez polonię gdańską. Teraz należą obydwa do tej samej parafii, tak samo jak obydwa miasta. Miasto dziadków, choć praktykujące od święta, zawsze podchodziło do religii z poważną dozą ironii i relatywizmu. To drugie traktowało to strasznie poważnie, celebrując wszystkie święta kościelne. Kiedy na Boże Ciało jedno miasto wyjeżdżało na wieś, na piknik, drugie szło śmiertelnie poważne w procesji.

Mój pradziadek, ten którego żona musiała uciekać przed SS, powiedział kiedyś, że swoje miejsce na ziemi trzeba zdobywać nurzając się we krwi (niestety, czasami także w swojej) i w gównie (niestety, nie tylko we własnym). Staruszek wiedział chyba, co mówi. Od 16 roku życia zajmował się głównie zabijaniem.

Urodził się w 1899 r., a w 1915 uciekł z domu i wstąpił do szwoleżerów. W 1920 jego szwadron natknął się na oddział czerwonogwardyjskich maruderów. Nie było sensu brać jeńców - na tyły daleko, aprowizacja słaba. Wystarczyła jedna szarża, podręcznikowo, jak na ćwiczeniach. Tylko później, w miasteczku trzeba było żyda po nocy wyciągać z łóżka by szable ostrzył. Później niecałe dwadzieścia lat przerwy, tak na studia matematyczne i by się ożenić oraz mieć dzieci. Dalej znowu zabijanie, to w lesie, to w mieście, i tych w mundurze, i tych bez munduru. Z Bogiem i mimo Boga. Za polski Gdańsk, za nową Polskę, łaciatą lub pstrokatą. A tak naprawdę, jedynie za dzieci żywe lub już nieżywe. Po wojnie zabijał już tylko siebie, wypalając po sześćdziesiąt papierosów dziennie. Palił głównie w nocy, kiedy w mieście zapadała cisza i przychodziły wykrzywione martwe twarze...

Kiedyś, w szkole, na WF-ie, graliśmy w koszykówkę, był to już jeden z ostatnich naszych dni w szkole, wszystkie okna otwarte, pełne odgłosów miasta i światła. Pewien chłopak, którego szczerze nie cierpiałem, popchnął mnie w ferworze gry. Choć był wyższy o głowę ode mnie, odwróciłem się i uderzyłem go w nasadę nosa. Biłem w to samo miejsce powoli, bez wahania, jak dzwon na pobliskim kościele, aż dopadła mnie nauczycielka i odciągnęła, on upadł i zalał się krwią. Nieraz biliśmy się w szkole, ale to była dziecięca szarpanina, w której nie działo się nikomu nic złego. To w moim drugim mieście nauczyłem się bić tak by bolało, by nie zapomniał. Nigdy więcej nikogo nie uderzyłem, już nie musiałem. Te dwa miasta stały się jednym.

Dzięki temu podwójnemu miastu mogę patrzeć na świat oczami ich mieszkańców, wybierać mniej lub bardziej świadomie między byciem dzieckiem i dorosłym, a może odwrotnie?


Michał Bogusz


Bary Mleczne w Polsce


pogoda
wiadomości
prasówka
kalendarz
kontakt:
poczta
sms
czat
dyskusje
forum
blogi
kartki
e-dyski
strony
tematy
szukam:
e-zasoby
tv & radio
odjazdy
rozrywka
podróże
zdrowie
sztuka:
teatr
kino
muzyka
literatura
e-galeria
muzeum
recenzje
inicjatywy
wydarzenia
zakupy
pieniądze
fachowo
patronaty
reklama
taxi




Karton w E-galerii
O portalu | Kontakt | Komunikaty | Pełny nawigator | Reklama | Strony WWW | Serwer | Domeny | Współpraca
© Copyright by jaWsieci 2001-2010. Wszystkie prawa zastrzeżone. Regulamin portalu
[do góry]